Kanały:
Wpisy
Komentarze

Imieninowo

 

,,A tymczasem Stasio, Rysio
oraz ten najstarszy Zdzisio
Namawiają się nad ważną sprawą w krzakach
Bo jak okazało się,
jest nareszcie w końcu gdzie
się zabawić, bo od jutra już u Stasia….

Starych ni ma, chata wolna, oj będzie bal
O, będzie bal, o będzie bal
Na muzykę, tańce dzikie i pięć par
I pięć par

Już Gabrysia o tym wie,
powie Zosi z drugiej ”c”
Tamta Lidce, co całować się już umie
Przyjdzie Danka, ta od Janka,
co nie wierzy już w bocianka
Wszystkie przyjdą, no bo w końcu się rozumie

Starych ni ma, chata wolna, oj będzie bal
O, będzie bal, o będzie bal
Na muzykę, tańce dzikie i pięć par
I pięć par..” 

/Nasze dzieci (Starych nie ma, chata wolna), Zenon Laskowik 

 

Wczoraj był uroczy dzień, lało, wrzało i w ogóle – były moje imieniny. Jako, że na chrzcie dali mi Klara, a wczoraj było św. Klary to świętowałam. Mieliśmy ze znajomymi jechać na Ursynów do klubu Starlight Cafe, tuż przy tamtejszym Multikinie. To całkiem fajna miejscówka, ale z wyprawy ostatecznie nic nie wyszło. 

Sprosiłam ludzi na chatę, bo współlokatorstwo wyniosło się nad morze, na wakacje (tak w ogóle to fajną mają pogodę ja nie powiem, leje jak z cebra…) . Zebrali sie wszyscy, powspominaliśmy stare dobre lata, kiedy to człowiek jeszcze nie musiał za wiele się męczyć. 

Zrobiło się tak nostalgicznie i przypomniało mi się dzieciństwo. Jakie to urocze, powiecie, dużej Klarze przypomniała sie mała Klarunia, tulituli od mamusi i lody na patyku. Ah to były czasy, kiedy największą tragedią człowieka wydawało się być puszczenie sznurka od balonu z helem, który uciekł w niebo i zniknął w chmurach. A teraz – kupa roboty, brak kasy i ogólne zmęczenie materiału. No i Warszawa, ,,to miasto zmęczone jak ja” – chyba tak było w piosence. 

Szczerze mówiąc miasto jest niesamowite, choć ludzie trują jaka to nasza stolica niezadbana, jaka brudna, jaka staroświecka – Paryż to jest europejska stolica. Mhm… Cudze chwalicie, swego nie znacie… Tak sie chyba mówiło. 

W Warszawie jest tyle uroczych zakątków, o których sami mieszkańcy nie wiedzą. Czasem chodząc po Starym Mieście stwierdzam, że mamy co pokazywać światu. A oto kilka moich ulubionych miejsc, skrytych w cieniu warszawskich uliczek:

Stare Miasto

Jedna z "ukrytych" uliczek na Starym Mieście

Kamieniczki na Starym Mieście

Mój ukochany Las Bielański

 I na koniec -tak imieninowo – ciasto, które przygotowałam. A co, trzeba się pochwalić :D

Ciasto imieninowe

Wojna Krzyżowa

Chciałam uniknąć tego tematu, ale żyjąc w warszawskim światku najwyraźniej się nie da. Chodzi oczywiście o sławetny KRZYŻ. Kolejny z polskich absurdów osiągnął poziom tak wysokiej gupoty, że nie sposób jest już nawet udawać, że nic się nie dzieje.

Jaki jest mój stosunek do krzyża pod Pałacem Prezydenckim? Szczerze powiedziawszy, ani mi on przeszkadza, ani nie przeszkadza. Skoro jest, to jest i tyle. Ludzie, o co tyle szumu?! Odpowiednim miejscem dla krzyża jest kościół, ale w sumie komu by to przeszkadzało, jakby jednak został tam, gdzie stoi?

Sam krzyż mnie nie denerwuje, za to denerwuje mnie cyrk, jaki się wokół niego dzieje. Od jakiegoś czasu nawet przejść spokojnie Krakowskim Przedmieściem nie można – ciasno tam i głośno, że aż uszy bolą.

Jedni są przeciw usunięciu krzyża (w ogóle co to za słowo – usunięcie! w końcu nikt tego krzyża nie chciał wyrzucać na śmietnik, tylko zanieść do kościoła), inni muszą koniecznie doprowadzić do wyniesienia krzyża, a jeszcze inni przychodzą popatrzeć na całe przedstawienie i napić się chłodnej wódeczki.

Co jest z tymi ludźmi? Mam wrażenie, że im odbiło. W sumie nic dziwnego, media podjudzają obie strony. Nie chce mi się nawet wspominać, jak całą sprawę przedstawia Radio Maryja. A to, co wygadują i robią księża w małych wiejskich parafiach, jest już zupełnie niedorzeczne. W parafii babci mojej koleżanki ksiądz podjudzał staruszki, by wsiadły w pierwszy autobus do stolicy, oczywiście zabrawszy ze sobą różańce i jakąś broń… na wypadek gdyby zostały zaatakowane.

Cała nocna ,,Akcja Krzyż” tym bardziej do mnie nie przemówiła. Ludzie zrobili sobie cyrk i zabawę z poważnej sprawy. Niektórzy to sobie tam przyszli pośpiewać piosenki biesiadne z piwkiem w ręce. Mi to się już w głowie nie mieściło.

Albo połowie Warszawy nagle od upału odwaliło, albo stolica to miasto głupców i prostaków. Nie mam innego wyjaśnienia.

Krzyż tymczasem stoi jak stał i mam nadzieję, że huragany protestów, kłótni i tym podobnych go nie zniszczą.

Uwaga! Obrońcy...

 

Metrowa trasa…

Dziś musiałam wybrać się aż na same Kabaty, czyli zupelnie w odwrotną stronę niż zazyczaj (najczęściej jeżdżę na Bielany). Z tej okazji  mała fotorelacja z warszawskiej metrostrady. 

Na początek stacja Centrum. Brak artyzmu rzuca się tu nachalnie prosto w oczy. Żołte (no dobra powiedzmy sobie prawdę - w kolorze niemowlęcej kupy), przebrzydłe kafelki powodują u mnie ilekroć tam jestem (średnio raz dziennie) wstrząs estetyczny, objawiający się kwaśną miną. Mimo to nawet polubiłam tę stację – głównie za moją ukochaną Komikslandię w pasażu na antresoli.

A tu widok na ludzi, wsiadających do wagoników metra:

Metro Centrum - widok z antresoli

 A tu pusta, poranna, emanująca mrocznością stacja Kabaty. Dziś byłam tam po raz pierwszy i powiem szczerze – wrażenia całkiem przyjemne :D .

Kabaty

Mroczna stacja Kabaty

 A teraz cichy i szary Imielin. Bardzo blisko stacji znajduje się Multikino (dzięki Bogu tu jest taniej niż w Złotych Tarasach – bilet studencki 17 zł). Sprawdziłam repertuar ot tak, z ciekawości, ale nic mnie jakoś nie zachęciło. Ostatnio robią filmy na jedno kopyto – jak nie fantastyka, to tandetny horror, Shrek 7 i 1/2, albo komedia z podtekstami – no, w ostateczności „Zmierzch”.  Ale wracając do stacji Imielin: zdaje się, że to jedna z tych ładniejszych. Robi dobre wrażenie, tylko pani w toalecie nie dość, że pobiera złotówkę przy wejściu, to jeszcze jest niemiła. 

Szara stacja Imilin

Na koniec znaczek metra widziany z dołu  i to tyle na dziś :D

Znaczke Metra przy Ursynowie

Co z tym metrem?

„Gdy zmęczy cię obcego miasta ulic szum
Gdzie nie dla ciebie są towary na wystawach
Nie możesz przebić się przez obojętny tłum
Do metra zejdź, tam całkiem inne rządzą prawa

To dla banitów świetny azyl, uwierz mi
Tu każdy między punktem wyjścia jest, a celem
Więc razem z nimi zawieszony tutaj tkwisz
W podziemiach miasta, tam gdzie krzyżują się tunele…”

/Metro, Musical Metro

Warszawskie metro rodziło się w bólach. Ciągle jakieś opóźnienia, ciągle jakieś problemy… No ale wreszcie jest. A już jakie jest to każdy widzi.

Wsiada się w wagonik, pociąg rusza z piskiem . „Twarze w metrze są obce, bo i po co się znać… To kosztuje zbyt drogo, lepiej jechać i spać…” Aż ma się ochotę zaśpiewać piosenkę Lady Pank, gdy wszyscy ostentacyjnie patrzą ci na buty, lub udają natchnionych czytając po raz tysięczny wyjątkowo rozbudowaną reklamę lub regulamin podróży metrem. To zabawne, nawet ja znam go niemal na pamięć.

Plusem podróży metrem jest jego szybkość, choć moja odzywająca się czasem klaustrofobia i lęk (a jeśli ten straszny pisk za oknem, który brzmi jak krzyk potępieńców piekielnych, jest spowodowany jakąś awarią?), nie pomagają zrelaksować się podczas podroży. Zazwyczaj ratuję się wkładając w uszy słuchawki i zagłuszając te przerażające dźwięki Mozartem albo Alicią Keys.

Rzadko mam okazję podróżować metrem w kierunku Kabat (jeśli już, to wracając z Bielan). Kilkakrotnie wysiadałam na stacji Pola Mokotowskie, Wierzbno czy Racławickiej i robiły na mnie wrażenie bycia w wielkiej studni. Ten betonowy strop…

Moje ulubione stacje to Stare Bielany (ilekroć tam wchodzę, jasne światło mnie zalewa, drewniane wykończenia oczarowują, a na mej twarzy pojawia się szczery uśmiech), które robią na mnie zawsze to samo pozytywne wrażenie (aż chce się być optymistą!) i oczywiście Plac Wilsona. Uwielbiam ten zmieniający kolor sufit.

Ostatnio widziałam plany drugiej linii. Metro ma dojeżdżać na Pragę i to miło z jego strony. Tylko coś nie ufam prognozom zakończenia pierwszej części prac do 2013… Choć może jakoś się uda.

Prześmiardły Carrefour!

„Jeszcze przed rokiem, na polu za blokiem
Nie jeden w ziemi dłubał sobie kret
Wszystko wywiozło kilka wywrotek
I postawili olbrzymi mi sklep
W supermarkecie wszystko jest co chcecie
Karp w galarecie po tysiąc sztuk
Jajka na kopę, bańki na ropę
I moja żona krzycząca wciąż kup

Szabada szabada ty i ja
Kup karton fa…
Szabada szabada ty i ja
Mydełka fa…

Mamy już mąki na prawie sto lat
Prędzej niż cukier skończy się świat
Kupię do piwa garść otwieraczy
Dwa grosze taniej, coś jeszcze znaczy…”

/Karton Fa, Kabaret Moralnego Niepokoju.

 

 

Kochane Powiśle… Jedna z tych dzielnic pełnych małych sklepików, budek z warzywami, uroczych piekarenek i cukierenek. Wszędzie blisko i tak swojsko… Sprzedawczynie uśmiechają się i mówią dzień dobry ilekroć mój łeb pojawi się w drzwiach. To miłe, kiedy okazuje się, że choć byłeś w małym sklepiczku ledwie trzy razy, pani za ladą cię poznaje i jeszcze pyta jak minął dzień.

W tym słodkim i miłym klimacie Powiśla jest tylko jedna mroczna rzecz, która wybija mnie z równowagi – sterczący jak ość w gardle, wielki, biały, odrapany Carrefour naprzeciwko Mostu Poniatowskiego. 

Oczywiście jak na „samo zło” przystało, Carrefour narzucając niskie ceny (i niską jakość) chce wygryźć wszystkie przeurocze małe sklepiki z interesu. To podła, ale szeroko praktykowana strategia. No, ale nie na to chciałam właściwie ponarzekać.

 Wczoraj w godzinach wieczornych miałam tę niechybną przyjemność wstąpić do Carrefoura. Nie minęły trzy sekundy jak wybiegłam z krzykiem.

Powód!? SMRÓD! Paskudny smród przy samym wejściu do sklepu! I nie, moi drodzy, to nie szambo wybiło. To był zapach zgnilizny, jakiegoś mięsa czy coś (PADLINA!!!!)… Jak mówił mi mój czuły nos woniało od paskudnych zamrażarek z rybą.

Skandal i tyle. Jak można tak w sklepie nie dbać o czystość? Jakby tego było mało, niemiły pan z ochrony, widząc mnie wychodzącą pospiesznie  popatrzył na mnie wrogo i wyjrzał za mną ze sklepu. To było spojrzenie typu „stój, złodzieju!”. No ja złodziejem!? Chyba kpi…

 Tak po prawdzie nigdy Carrefoura nie lubiłam, ale żeby taki smród?! Chyba minie z rok zanim znowu się przekonam do kupienia w tym mrocznym zagłębiu czegokolwiek. Serdecznie współczuję ludziom, którzy stali w długaśnych kolejkach( jak zwykle z pięciu kas czynne były dwie) w tym piekielnym zapachu…

Nie mając o czym pisać…

„Zakochałem się na nowo
W brukowej gazecie i internecie
Bo lubię zjawisko popkulturowe
Lubię filmy zwłaszcza życiowe
Romantyczne, o miłości
O mojej i Twojej ułomności.”

/Miłość w czasach popkultury, Myslovitz

Znowu telewizor i znowu głowa w komputerze. Szczerze? Mam już dosyć. Człowiek się nudzi, chciałby coś poczytać, coś ciekawego się dowiedzieć, a najlepiej to z kimś pogadać, jakiś temat dogłębnie zgłębić. Tylko jak?! Większość znajomych też siedzi przed telewizorem i jęczy, że nie ma co robić. No ja się zastrzelę!

Tyle jest miejsc, które można odwiedzić i dobrze się bawić. Choćby pójść na film do kina… Ale nie… Wszyscy wolą siedzieć w domu przed „gadu gadu” czy innym komunikatorem i co piętnaście minut zmieniać te idiotyczne opisy.

W takim momencie otwiera mi się nóż w kieszeni (no nie przesadzajmy, tylko mały scyzoryk) i mam ochotę dźgać kogo popadnie, byleby tylko podnieśli swoje tyłki z kanap i stołków i wyszli zemną na miasto.

Od jakiegoś już czasu planuję wybrać się do sławetnej Proximy, tego klubu co go tak studenci UW zachwalają. To niby jedno z tych miejsc „kultowych”, gdzie trzeba się choć raz w życiu pojawić. Gdyby nie moja chrypa już bym się dawno wybrała na karaoke.

No i tak ze dwa tygodnie ciągnę tych moich znajomych do tej Proximy. Chciałabym po prostu  zobaczyć jakieś nowe miejsce, by móc je wam opisać i polecić (lub skrytykować i odradzić). Ale nie, nikt nie chce mi towarzyszyć… Ludzie to są… Ech…

Na widelcu

 

 

„Kiedy trzymam Ciebie w dłoni marzę o tym by

codziennie trzymać cię.

Gdy zamykam oko to powieka drży,

bo ciągle śnię nadzienie…

Marzę o twych brzegach co jak fale są,

marzę, że przyjdzie ten dzień.

Oooooo….

Kiedy na patelni leżysz w tłuszczu to

rumienisz do mnie się.

 

Bo przecież z kapustą i z mięsem, ruskie, ja kocham pierogi

Z kapustą, z grzybami, ze śliwką, ja kocham pierogi.”

/ Kocham pierogi, Kabaret Ani Mru Mru & Kabaret Smile

 

Pierogi, jak wiadomo, najlepsze robi babcia (dodam, że moja :P ) . Tylko, co biedny student (i nie student) ma robić, gdy siedzi w tej piekącej się w skwarze lata Warszawie, a kochana babunia daleko? No właśnie…  

Próba samodzielnego zrobienia pierogów w moim wypadku skończyła się katastroficznie. W kuchni bajzel, mąka wszędzie… I nie żeby to dlatego, że gotować nie umiem. Ja przepraszam, jestem dobrą kucharką, ale weź tu człowieku na metrze kwadratowym kuchni (wnęki!) zrób pierogi!

 Ani wałka nie miałam (w tej roli wystąpiła butelka po piwie), ani porządnej szklanki. (No co, przeprowadzka była niedawno i jak na złość zwiozłam sobie do nowego mieszkania same filiżanki! Już chciałam robić szklankę z tej butelki, ale piłki do szkła nie mam, a tulipanem wykrajać krążków na pierogi nie będę…)

Ostatecznie skończyło się, że zrezygnowana postanowiłam zakończyć tę marną pierogową próbę i zjadłam sam farsz bez ciasta. Jak wiadomo to nie to samo co pierogi, a mi się ich tak strasznie chciało…

No, więc wybrałam się do pierogarni. Mijam taką jedną codziennie, gdy jadę tramwajem 9 przez Jerozolimskie, do domu.  Pierogarnia Zapiecek tuż przy Empiku zaskoczyła mnie przede wszystkim tłokiem i gwarem, który tam panował. Wszędzie kręciły się kelnerki, a ludzie wesoło, jak w jakiejś karczmie, gaworzyli przy talerzach z pierogami.

Szybkie zerkniecie w menu i trochę czekania, a przede mną już stał „półmisek” z ruskimi pierogami. Mniam… Tak dobre robi tylko moja babcia, miałam więc ochotę zerknąć do kuchni i sprawdzić, czy moja staruszeczka się tam nigdzie nie schowała.

Opchałam się  porcją ruskich jak nie wiem, ale widząc w karcie racuchy z malinami postanowiłam wziąć je na deser. A co! (Oczywiście zapłaciłam dużo za takie rarytasy i trochę żałuję uszczerbku portfelowego.)

Właściwie to moje wrażenia z Zapiecka są całkiem dobre. Poza tym, że odzywała się we mnie klaustrofobia – strasznie mało miejsca i jeszcze tyle tam stolików nastawiali. No i przeciskające się panie kelnerki, rozczochrane i zmęczone. Od samego patrzenia na nie człowiek robi się głodny, takie są zalatane (harują i tyle). Może to taka nowa metoda marketingowa?

Wróciwszy do domu stwierdziłam, że najadłam się, było smacznie i całkiem miło, ale i tak wolę babcine pierogi…

 

„Jesteś spalona, mówię ci
płaty twej skóry pościel zdobią mi
nie jesteś matołem mówię ci,
a jesteś spalona!

 Zima przychodzi,
Zmarzł mi na włosach żel.
Ty w solarce Turbo spędzasz czas,
By stringów ślad, jak znak
Miłości nadał cel…
Termostatu błąd obsługi wrzask!

Jesteś zwęglona, mówię ci
żużel z twej skóry pościel brudzi mi
nie jesteś matołem mówię ci,
 a jesteś zwęglona”

/Spalona, Kabaret Pod Wyrwigroszem

 

Solarium –  wśród moich wiecznie spragnionych słońca, upieczonych na brąz koleżanek uważane jest za miejsce o cudownych właściwościach. Wchodzisz tam jako szkarada, a wychodzisz (we własnym mniemaniu) jako piękna kobieta o śniadej cerze – no Latynoska jak nic!

Okupacja łóżek do sztucznego opalania trwa całe lato, całą jesień i zimę, a potem wiosnę… Jak już się raz pójdzie pod stroboskopy, to uzależnienie gotowe. Przynajmniej tyle mogę wywnioskować ze ślepej fascynacji moich znajomych (i to, o zgrozo, nie tylko kobiet!).

Ja osobiście nie opalam się za dobrze, a można by nawet rzec, że wcale się nie opalam. Kiedy kończy się lato i wracam z podróży nad ciepłe morze, wszyscy, którzy ze mną w tej podroży byli wyglądają jak, za przeproszeniem, stado murzyniątek, a ja jestem biała jak mleko, jakbym dopiero co przyjechała z jakiejś Syberii…

Ma to oczywiście swoje dobre strony, bo nigdy nie doznałam żadnego oparzenia słonecznego. Jakimś dziwnym trafem nawet na czerwono mnie nie bierze. Dawno zrezygnowałam z kremów z filtrem UV i jak dotąd cieszę się z białej jak mleko skóry.

Kiedyś zastanawiałam się czy to nie objaw choroby, że może jestem jakimś ukrytym albinosem!?, ale nie… Cóż – najwyraźniej bladość mam we krwi i dlatego od lat wszystkie napalone na sztuczne opalanie koleżanki namawiały mnie na seans w solarium.

W końcu, przyciśnięta do muru, gdy któregoś razu musiałam założyć krótką sukienkę odsłaniając me świecące bielą (i siniakami) nogi, zdecydowałam się na to sztuczne opalanie. A co! Raz kozie śmierć, jak to się mówi. (Jakoś trzeba ukryć przed światem te siniaki! Jeszcze ktoś gotowy pomyśleć, że biłam się z kibicami, czy coś!)

Stwierdziłam, że jak już idę pod lampę, to muszę się dobrze przygotować. Sprawdziłam jakie są wszelkiego rodzaju przeciwwskazania (a co tam, jak mi skóra zlezie płatami, to chcę choć wiedzieć dlaczego!) i wybrałam jeden z dobrych salonów.

Poszłam na Mokotowską. Tam mieści się mekka opalających – Arcana Artis Solarium (w tle fanfary). Wlazłam do środka, powiedziałam co i jak, że ja tu po to i po to, a nie po tamto i tamto (mniej więcej tak wyglądało moje przyznanie się do winy – TAK, CHCĘ SIĘ OPALIĆ!), wypytałam co i jak, popatrzyłam na te babeczki co dopiero wyszły z pieca. (Czarne to-to było jak latynoski! Gdyby im tylko ktoś powiedział, że latynoskie kobiety nie mają włosów blond…)  Rzucono mi kilka spojrzeń pod tytułem – jesteś obca, biała jak mleko (w tle pogarda i krzywe miny).

Dobra, włażę pod te lampy. Łóżko leżące? Y… Ok… Wyglądało to jak komora do hibernacji (tak, wiem, za dużo się filmów SF naoglądałam w życiu) albo jakaś trumna. Zamknięto mnie. Leżałam parę minut, krótko, coby mnie nie spaliło na wiór. Moje „spragnione słońca” ciało mogło na to różnie zareagować.

Jak skończyła się moja przygoda w solarce? Wyszłam z poczuciem, że nic we mnie się nie zmieniło. Temu poczuciu towarzyszył lekki wstyd. Dalej byłam bielutka jak śmietanka. Cieszyłam się choć z tego, że obsługa była dla mnie bardzo miła i dobrze mnie traktowała. Chyba wyczuli (no skąd oni mogli to wiedzieć!), że jestem nowa i zielona (dobra, dobra, BIAŁA, ok!) w tych sprawach.

Teraz, gdy wspominam moją wizytę w Arcanie Artis Solarium, myślę sobie, że warto było przekonać się, ze solarium do niczego nie jest mi potrzebne. Wszystkim, którzy jednak uważają sztuczne opalanie za wspaniały relaks – polecam to solarium. Ceny jak ceny, mogłyby być niższe (nie wiem, czy w Arcana dużo żądają, nie znam się, byłam tylko w jednym solarium), ale ujdzie. Jak  już się tam wybierzecie, pozdrówcie obsługę od takiej jednej białej jak mleko… Myślę, że będą wiedzieli, od kogo te pozdrowienia :P .

„Tramwajem jadę na wojnę, tramwajem z przedziałem: ‘nur fuer Deutsche’,
Z pierwszo-sierpniowym potem na skroni, z zimnem lufy Visa w nogawce spodni.

Siekiera, motyka, piłka, szklanka,
biało-czerwona opaska, moja – opaska na ramię powstańca.

W kieszeni strach, orzełek i tytoń w bibule,
Ja nie pękam, idę w śmierć ot tak – Na Krótką Koszulę.

(…)

‘I wyszedłeś jasny synku z czarną bronią w noc,
I poczułeś jak się jeży w dźwięku minut – zło.
Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką,
Czy to była kula synku, czy to serce pękło?’ (K.K.Baczyński)

‘Nam jedna szarża – do nieba wzwyż,
I jeden order – nad grobem krzyż.’ (K.K.Baczyński)”

/Godzina W, Lao Che

W niedzielę minęła 66 rocznica Powstania Warszawskiego. Chciałam wybrać się na jakieś uroczystości, tylko że akurat w weekend chorowałam. I weź tu człowieku bądź patriotą, gdy gorączka  nie pozwala ustać na nogach!  

Nie mogę odżałować, że nie było mnie wśród ludzi na obchodach. Tegoroczne koncerty i przedstawienia były ponoć bardzo piękne i nie jednemu warszawiakowi wycisnęły z oczu łzy.

Ja tymczasem leżałam w łóżku i moje obchody ograniczyły się do wysłuchania wyjących w mieście syren. Chociaż tyle…

Postanowiłam, że jak już wyzdrowieję, niezwłocznie udam się do Muzeum Powstania Warszawskiego. Byłam tam raz i zakochałam się w tym miejscu. Nawet jeśli ktoś nie cierpi muzeów, nie ma bata, by nie wyszedł natchniony i zafascynowany tym miejscem.

Muzeum Powstania Warszawskiego to jedno z tych niesamowitych muzeów, gdzie zapach historii unosi się w powietrzu, a aura dawnych czasów zdaje się pochłaniać ,,nowoczesnych” przybyszów.

Kiedy idzie się upozorowaną na ruiny Warszawy salą, człowiek ma wrażenie, że czas się zatrzymał. Ekspozycje oddziałują na wszystkie zmysły. Nawet powietrze zdaje się mieć inny smak.

Wydaje mi się, że nie tylko na mnie, ale na wszystkich największe wrażenie robią kanały. To część ekspozycji, która wygląda dokładnie jak warszawski kanał, którym uciekali powstańcy. Można nim przejść i na własnej skórze poczuć tę klaustrofobiczną aurę.

Jeśli ktokolwiek nie wierzy w to, że można pokochać jakieś muzeum i zaraz po wyjściu pragnąć tam od razu wrócić, powinien na własnej skórze obejrzeć prezentowane przez Muzeum Powstania Warszawskiego ekspozycje.  (Polecam też przeczytanie opinni na http://dood.pl/biz/muzeum-powstania-warszawskiego-warszawa/.)

Cóż mogę rzecz na koniec? Podziwiam ludzi, którzy odważyli się na tak wspaniały powstańczy zryw w 1944 roku. Wypada chyba rzec – chwała bohaterom! – i uczcić ich pamięć minutą ciszy.

„Suchary, dwie pary, lepsze niż browary. Nie tuczą, nauczą jak być szczupłym, stary.
Gryź suchara i nara, w diecie muszę być dzielny.
Zeszczupleję i będę piękny jak Zakościelny.

To tysiące produktów, to setki wyrobów, to puste kalorie więc  ugryź suchara.
Nie obżeraj się tylko ugryź suchara.”

/ Ugryź Suchara, Grupa operacyjna

 

Od niedawna jestem na diecie, od tak dla zdrowia. No i nawet udało mi się zeszczupleć, tylko poza tym, że zeszczuplałam w pasie, kieszeń też mi zeszczuplała.

Mój portfel w zastraszającym tempie chudnie w wyniku tak zwanej zdrowej diety i produktów niskotłuszczowych. Głównie dlatego,  że wszystko co ma dopisek LIGHT jest  HARD dla mojego domowego budżetu. Do tego w restauracjach mała sałatka jest często w cenie porządnego kotleta. I weź tu się człowieku najedz!

Ostatnio odwiedzałam wiele sklepów z żywnością ekologiczną. A to by kupić tofu, a to płatki z kasztanów jadalnych (17 złotych mała paczka!!!!). Ogólnie w sklepach ze zdrową żywnością jest mnóstwo intrygujących produktów, których chciałabym spróbować, ale kiedy sos sojowy bio kosztuje ponad 30 złotych za malutką buteleczkę, łapie się za kieszeń na sercu i głośno dyszę.

Jakiś czas zaopatruję się już we Free delikatesach ekologicznych, a to kupię jakieś suszone owoce, a to coś tam. Przymierzam się do kupienia Yerba Mate i zastąpienia nią herbaty, tylko ceny doprowadzają mnie do zawrotów głowy.

I weź tu człowieku bądź zdrowy i żyj ekologicznie!

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.